Na bieżni walczyły o medale, poza nią potrafiły ścigać się nawet podczas górskiego spaceru. W ostatni weekend w Zakopanem Natalia Bukowiecka, Justyna Święty-Ersetic, Małgorzata Hołub-Kowalik i Iga Baumgart-Witan pokazały, co kryje się za sukcesami słynnych Aniołków Matusińskiego. Były szczere wyznania, zabawne wspomnienia i wspólny start w PKO Dysze pod Krokwią, zakończony symbolicznym finiszem.
Jak pogodzić cztery mocne charaktery i stworzyć drużynę, która sięga po olimpijskie medale? Podczas konferencji PKO Biegowe 360 Stopni w Centralnym Ośrodku Sportu w Zakopanem polskie czterystumetrówki przekonywały, że sam talent nie wystarczy. Potrzebne są jeszcze zaufanie, wspólny cel i relacje, które wytrzymują miesiące spędzane razem.
– W Tokio indywidualnie nie byłyśmy najmocniejsze na świecie, ale naszą siłą było zgranie, chyba jak w żadnej innej sztafecie. Nie wyobrażam sobie tworzenia drużyny z kimś, z kim nie mam dobrych relacji – mówiła Iga Baumgart-Witan, mistrzyni i wicemistrzyni olimpijska.
Nie oznacza to jednak, że wspólne życie na zgrupowaniach zawsze było sielanką. – Czasem już nie mogłam patrzeć na Justynę – śmiała się Małgorzata Hołub-Kowalik. – To normalne, kiedy spędza się razem tyle czasu: na stadionie, w siłowni, pokoju, podczas posiłków i odnowy biologicznej. Wszystko rozładowywałyśmy jednak w przyjacielski sposób.
Justyna Święty-Ersetic przyznała, że po zakończeniu sezonu ten przesyt szybko ustępował tęsknocie. – Podczas przygotowań mogłyśmy mieć siebie dosyć, ale na mistrzostwach wiedziałyśmy, że mamy wspólny cel i jesteśmy drużyną. A po sezonie dzwoniłyśmy do siebie, bo zaczynało nam brakować tego wspólnego życia – opowiadała.
Swoje zasady miała też Natalia Bukowiecka. Brązowa medalistka olimpijska z Paryża i wicemistrzyni świata z Budapesztu zdradziła, dlaczego dzielenie z nią pokoju wymagało dostosowania się do konkretnego harmonogramu. – Ze mną nikt nie chciał mieszkać, bo o 21.30 gasiłam światło i nie było przebacz! – żartowała zawodniczka InPost Sport Team. – Atmosfera na zgrupowaniach była luźna, ale każda z nas wiedziała, że celem jest kolejny medal.
Sportowych ambicji nie da się jednak wyłączyć wraz z wyjściem ze stadionu. Bukowiecka przyznała, że również przy planszówkach chce wygrywać i pilnuje przestrzegania zasad. Święty-Ersetic wspominała górski spacer z mężem, który zamienił się w rywalizację, bo żadne nie chciało zostać z tyłu. Z kolei Hołub-Kowalik rozbawiła publiczność historią rodzinnego wyścigu.
– Dzieci chciały pościgać się z ciocią. Wszyscy byli zaskoczeni, że nie dałam im wygrać. Sama też trochę się zdziwiłam, ale usłyszałam komendę „start” i po prostu ruszyłam – opowiadała.
Baumgart-Witan zdradziła natomiast, że w zwalnianiu tempa pomaga jej mąż. – Często słyszę: Iga, nie musisz tak pędzić. Odpuść. Jeśli nie chcesz, nie musisz tego robić – mówiła.
Niedługo po spotkaniu przyszedł czas na sprawdzenie tych deklaracji w praktyce. Cała czwórka stanęła na starcie PKO Dychy pod Krokwią. Baumgart-Witan wybrała pięć kilometrów, a Bukowiecka, Święty-Ersetic i Hołub-Kowalik zmierzyły się z dystansem dwukrotnie dłuższym. Dla specjalistek od jednego okrążenia stadionu uliczno-górska trasa była zupełnie innym wyzwaniem.
– Gdy usłyszę strzał startera, na pewno włączy mi się rywalizacja – zapowiadała Bukowiecka. Na finiszu najważniejszy okazał się jednak wspólny gest. Bukowiecka i Święty-Ersetic przekroczyły linię mety trzymając się za ręce. Niedługo za nimi dobiegła Hołub-Kowalik, żartując, że spośród całej trójki to ona ma najdłuższą przerwę od wyczynowego sportu. Na trasie pojawili się również m.in. mistrz olimpijski Kajetan Duszyński, wicemistrz świata w skoku o tyczce Piotr Lisek i rekordzistka Polski Elżbieta Glinka. Tym razem sportowe gwiazdy dzieliły trasę z amatorami, a Aniołki pokazały, że wspólne bieganie wciąż daje im mnóstwo radości.